Opera i dramat muzyczny

Wagner?! Koniecznie!

Agnieszka Nowok

wagner-koniecznie
Tomasz Konieczny, materiały prasowe

Problem z Wagnerem leży w tym, że nie można go, tak jak to można na przykład zrobić z Rossinim, wykonać kiepsko - z Tomaszem Koniecznym (nie tylko o Wagnerze) rozmawia Agnieszka Nowok.

Agnieszka Nowok: Od XIX wieku nic się nie zmieniło: Rossini uważał, że Wagner na "dobre momenty, ale kiepskie kwadranse", Woody Allen po jego wysłuchaniu niezmiennie chce napaść na Polskę. Nie da się ukryć, że słuchacze wciąż mają co do Wagnera sporo wątpliwości. W czym Pana zdaniem leży problem?

Tomasz Konieczny: Od dziewiętnastego wieku rzeczywiście nic się nie zmieniło: ogromna większość widzów operowych zachwyca się muzyką Wagnera niemal bezkrytycznie, a udziałem widowni niektórych, wybranych teatrów operowych świata takich jak Opera Wiedeńska, dzięki wspaniałym wykonawcom – dyrygentom, solistom i Wiedeńskim Filharmonikom, są, podczas wykonań oper Wagnera, niemal mistyczne przeżycia i doznania. Nic dziwnego, że wykonawcy tegoż Wagnera otrzymują frenetyczne owacje i aplauz porównywalny z tym podczas koncertów największych gwiazd rockowych. Od niemal dziewiętnastego wieku zmianie nie uległo także i to, że ogromna część muzyki filmowej – szczególnie tej bardziej dramatycznej brzmi jak Wagner… z tą tylko różnicą, że dużo gorzej.

Gdy słyszę argumentację Woody Allena, mogę tylko zachęcić do odwiedzenia Walkirii live, polecam wysłuchać Tristana czy Parsifala w Operze Wiedeńskiej i przestać wierzyć w te banialuki… Nie ma więc najmniejszego problemu… Nasz - "polski problem" leży w tym, że bronimy się nogami i rękami przed wystawianiem na wysokim poziomie jednego z najgenialniejszych repertuarów operowych świata. To nie z Wagnera świat się śmieje, ale z nas Polaków oraz tego, co proponuje opera w Polsce. O ironio! Przy takich genialnych polskich wykonawcach operowych jakich obecnie mamy…

AN: W jednej z rozmów wspominał Pan, że środkiem wyrazu, który Pana nieustannie u Wagnera zaskakuje i zachwyca – jest słowo. W czym tkwi jego wyjątkowe piękno?

TK: U Wagnera słowo ma większą wagę niż u innych kompozytorów operowych. Wagner koncypował bowiem całościowo swoje kompozycje. Tworzył dramat muzyczny wykorzystujący to magiczne, niezastąpione połączenie słowa i muzyki - myślał więc globalnie. Dzięki temu dokonał w operze rewolucji. W efekcie tego nie musimy już obecnie słuchać tylko powtarzającej się zwrotkowo faktury oper Rossiniego. Mamy alternatywę. Dokonał się rozwój… Problem z Wagnerem leży w tym, że nie można go, tak jak to można na przykład zrobić z Rossinim, wykonać kiepsko. A żeby dzieło muzyczne w orkiestracji Wagnera wykonać na wysokim poziomie potrzeba ogromnych środków finansowych, bo jakość kosztuje. Póki polski polityk tego nie zrozumie – nie będzie Wagnera w Polsce. Za to będzie Woody Allen – łatwiej jest bowiem wyświetlić w kinie film niż wyprodukować dobrą produkcję Pierścienia Nibelunga...

AN: Myślę, że słuchaczom trudno docenić walory wagnerowskich tekstów, zwłaszcza gdy nie znają języka niemieckiego, a dodatkowe, obiegowe opinie o Wagnerze też nie wydają się być szczególnie pomocne - melomanom chyba trudno uwierzyć, że "Ktoś" o tak rozbuchanym ego mógł pisać teksty pełne głębi i liryzmu...

TK: Co do ego Wagnera... Cóż?… Mógłbym podać kilka nazwisk współcześnie żyjących artystów, polityków zajmujących się kulturą oraz dyrektorów teatrów, przy których ego Wagnera to jak mrówka przy słoniu. Jednak to prawda, że mamy do czynienia w Polsce z bardzo kiepskimi, niezwykle kiczowatymi tłumaczeniami Wagnera. Od dawna noszę się z zamiarem przetłumaczenia choćby Pierścienia… ,myślę, że kiedyś uda mi się tego dokonać… Geniusz największych twórców leży w głębi zrozumienia ludzkiej natury oraz w tym, że potrafią powiedzieć: chwilo trwaj... I ta Wagnerowska chwila trwa... już od set lat…

Przekleństwa Alberyka w wykonaniu Tomasza Koniecznego z towarzyszeniem Filharmoników Wiedeńskich można posłuchać TUTAJ.

Tomasz Konieczny w roli Alberyka, materiały prasowe

AN: Marzył Pan kiedyś o studiach z reżyserii. Gdyby pojawiła się taka okazja, jakim przedstawieniem chciałby Pan pokierować i z kim współpracować?

TK: Myślę, że najbardziej chciałbym pokierować przedstawieniem dobrym… Nie! Najlepszym! Na wysokim, profesjonalnym poziomie. Chciałbym pracować z tymi najlepszymi wykonawcami na świecie, z którymi spotykam się na co dzień w mojej pracy śpiewaka.

AN: Z czasów studiów aktorskich zdaje się Pan szczególnie wspominać Panią Zofię Petri: osobę niezwykle inspirującą, która podała wciąż stosowany przez Pana sposób na przygotowanie roli. W jaki sposób przygotowuje Pan swoją postać – aktorsko i wokalnie?

TK: Prof. Zofia Petri – niezwykły pedagog, niestety niedoceniony w środowisku ówczesnego, dość przeciętnego zespołu pedagogicznego Wydzialu Aktorskiego łódzkiej filmówki, osoba myśląca niezwykle głęboko, przeglądająca naturę młodych adeptów aktorstwa na wylot - zachęcała zawsze do głębokiej, NIE - psychologizującej, twórczej analizy utworu. Zachęcała do nieustannego, powtórnego czytania tekstu… W gruncie rzeczy nie robię w mojej pracy nic innego. Powtarzam tekst do znudzenia. Są takie dzieła, w których z każdym nowym przeczytaniem, a potem wykonaniem scenicznym dowiaduję się ciągle czegoś nowego i rozumiem coraz więcej. Tak jest właśnie z Wagnerem, dlatego traktuję jego dzieło jako zadanie mojego życia.

Młodym adeptom śpiewu chciałbym przekazać: czytajcie a nie tylko śpiewajcie! Czytajcie na głos, na "biało", czytajcie w rytmie i bez rytmu, na głos i po cichu. Czytajcie do znudzenia!!! I nie śpieszcie się! Wolniej znaczy szybciej. Rozumieć, co się śpiewa to więcej niż połowa sukcesu…

AN: Swoje umiejętności rozwijał Pan zarówno w Polsce, jak i Niemczech - o drugim kraju wypowiadając się znacznie korzystniej w kwestii artystycznego podejścia i edukacji wokalisty. Na czym polegają zasadnicze różnice – zarówno jeśli chodzi naukę śpiewu, jak i warunki pracy po jej zakończeniu?

TK: W Niemczech po prostu trafiłem na wspaniałych ludzi, począwszy od nauczyciela śpiewu, nie żyjącego już prof. Christiana Elßnera z drezdeńskiej Hochschule für Musik, a skończywszy na mojej obecnej równie wspaniałej pianistce i trenerce pani Judy Wee. Nie spotkałem się wówczas w Polsce, tuż po studiach aktorskich, z takim poziomem profesjonalizmu w śpiewie, jak zaraz potem w Niemczech. Ale za to w Polsce uczyłem się aktorstwa u wspaniałej prof. Zofii Petri… więc może po prostu uprawiajmy w Polsce teatr dramatyczny na tak dobrym poziomie jak obecnie, a na opery wybierajmy się do Wiednia!

AN: Czy istnieje duży kontrast pomiędzy publicznością niemiecką, a polską – tym, w jaki sposób słuchacze wybierają repertuar, w ich wrażliwości, reakcji podczas przedstawień?

TK: Co do publiczności, to ta w Niemczech i Austrii jest dużo bardziej spontaniczna, niż ta w Polsce. Ale na tym kończą się różnice. Nic dziwnego, że polski widz jest niepewny, skoro ten najlepszy repertuar ma okazję słuchać od święta, a i wtedy najczęściej tylko w kinie w relacji z MET, której to relacji jako takiej osobiście zbyt dużym fanem nie jestem. MET jest oczywiście genialna sama w sobie. W Wiedniu na Wagnerze jest jak na koncercie rockowym. Czasem wywołują nas po 20 i więcej minut do oklasków... Myślę, że gdyby widzowi w Warszawie zaproponowano produkt podobnej jakości artystycznej, jak w Monachium czy Wiedniu, zareagowałby tak samo spontanicznie jak przeciętny Kowalski w Austrii.

AN: Czy Pana sukcesy na scenie międzynarodowej przekładają się na zainteresowanie polskiego środowiska muzycznego i propozycje współpracy w kraju?

TK: Może przyczynek braku mojej popularności w ojczyźnie leży troszkę w braku zaangażowania z mojej strony?... Już po prostu nie bardzo mam siłę na ciągłe przekonywanie polskich animatorów kultury do tego, co w sposób oczywisty jest wspaniałe, a czego nijak się w Polsce wystawić nie da i nie do końca zabiegam, by być w Polsce popularnym i obecnym. Po części leży to w absolutnym braku wolnego miejsca w moim kalendarzu artystycznym na najbliższe 2-3 lata… Do tego słyszę od znajomych, że dla przykładu moje najnowsze nagranie Pierścienia Nibelunga wydawnictwa Pentatone Classics, gdzie śpiewam Wotana - jedna z najciekawszych interpretacji Ringu z ostatnich lat - nie jest dostępna w Polsce. Nie można jej kupić także w żadnym polskim sklepie internetowym. Zapytałem mojego znajomego – pana Macieja Szymańskiego, prezesa EMF-Group, posiadacza EMPiKu, dlaczego tego nie sprzedają. Okazało się, że prawdopodobnie płyty Pentatone, nagrane w najnowszym formacie "Super Audio CD" (kwadrofonia) są po prostu zbyt drogie dla klienta w Polsce... Cóż? Jakość kosztuje... Będę więc chyba coraz bardziej znany w Austrii, a w Polsce za to pewnie w ogóle.

Tomasza Koniecznego w partii Wotana można wysłuchać TUTAJ.

AN: Czy któraś z własnych scenicznych "wpadek" budzi Pana szczególny sentyment?

TK: …wpadek się nie lubi... ale jest taka jedna historia warta wspomnienia. Miało to miejsce w Wiedniu podczas trzeciego aktu Arabelli Straussa, gdzie wykonuję moją najtrudniejszą jak do tej pory partię operową – partię Mandyki. Stoję z boku sceny, czekając na moją wypowiedź sceniczną, na baczność, bokiem do widowni i nagle czuję, że ktoś strzela mi w łydkę…

Proszę sobie wyobrazić moje przerażenie!… Spoglądam, czy łydka krwawi… Nie! Spodnie suche… Wszystko dzieje się na scenie w sytuacji największego napięcia akcji opery… Krew nie leci… więc to była gumowa kula! Tylko czy ów strzelec mierzył we mnie czy może w stojącego dalej ode mnie na linii strzału dyrygenta? Odwracam się więc dyskretnie do kolegów na scenie i mówię do jednego z nich - tego, który zaraz zejdzie za kulisy szeptem: Wolfgang! Strzelili do mnie gumową kulą! Kolega pyta w podobny, równie konspiracyjny sposób: Tomasz, czy mam dzwonić na policję?... i tak brniemy dalej w ten spektakl, z postrzałem w łydkę aż do końca wieczoru… Nawet jeszcze po zapadnięciu kurtyny jestem o tym w święcie przekonany, że strzelali! Podwijam, już przy zamkniętej kurtynie nogawkę spodni, a tu nic! Nawet siniaka nie ma. Kuleję, a ból jest potworny…

Pewnie pytacie się Państwo, co się wydarzyło? Po prostu mięsień łydki się z tego ogromnego napięcia, jakie jest naszym udziałem na scenie, naderwał… Po tygodniu - dwóch wszystko się zagoiło, a po kilku miesiącach śmigałem już znowu na nartach, co uwielbiam robić w tych nielicznych wolnych chwilach, gdy nie pracuję.

 W Opowieściach Hoffmanna J. Offenbacha, materiały prasowe

AN: Jako przełomowe wydarzenie w swoim życiu wspomina Pan wystawienie "Wesela Figara" w drezdeńskiej operze - do tego stopnia, że kompletnie zmieniło Pana wyobrażenie o wykonywaniu tego gatunku. Czy w swojej dotychczasowej karierze zawodowej przeżył Pan jeszcze takie zaskoczenie artystyczne, które wpłynęło na Pana w szczególny sposób?

TK: Moim największym artystycznym zaskoczeniem było zaangażowanie mnie, młodego, zupełnie nieznanego polskiego śpiewaka operowego do nowej produkcji całego Pierścienia Nibelunga w Operze Wiedeńskiej. Ten angaż zawdzięczam ówczesnemu dyrektorowi Opery Wiedeńskiej, panu Ioanowi Holendrowi oraz obecnemu Dyrektorowi Muzycznemu panu Franzowi Welser-Möstowi. To są niesłychane, zupełnie niesamowite emocje w życiu młodego artysty. To wręcz graniczy z cudem! I potem produkcja, która rozłożona na 2 lata (trzy premiery) scementowała doskonale moją współpracę i chyba miłość do Opery Wiedeńskiej – Staatsoper Wien, obecnie najlepszej sceny operowej świata…

AN: Jedną z cech, które przekonały Pana do "niemieckiego" podejścia operowego, była "nowoczesność" - świeżość wizji, niekonwencjonalność wykonania. Czy coś się od "tamtego" czasu zmieniło?

TK: Zmieniło się bardzo wiele! Obecnie, jak większość wykonawców i widzów operowych tęsknię za prostym, sensownym, profesjonalnym i niekoniecznie współczesnym teatrem operowym… Zresztą to nie w nowoczesności leży problem. Jakość produktu proponowanego przez Filharmoników Wiedeńskich jest bowiem co wieczór czymś niezwykle współczesnym, podobnie jak i wspaniałe interpretacje mistrzów – śpiewaków występujących na deskach Opery Wiedeńskiej. To jest zawsze i niezmiennie współczesne i nowoczesne.

Nie znoszę już jednak tych banialuk wymyślanych co rusz przez niezdolnych, często, ale nie zawsze młodych pseudobuntowników – tak zwanych "reżyserów współczesnych", którzy ze strachu przed równie idiotyczną "recenzją" niezdolnego krytyka muzycznego, których w Niemczech coraz więcej, inscenizują kompletnie na przekór librettu, bez dbałości o reżyserię postaci. W efekcie rozbiera się śpiewaka i przebiera nie gardząc przy tym barokowym kiczem i dziadostwem, zabiega się o skandal i tylko o to! Skandal kreuje niezdolnego reżysera a nam – wykonawcom potwornie utrudnia pracę…

Jesteśmy tym my – śpiewacy oraz widownia ciężko zmęczeni… Nie ma w tym więc nic dziwnego, że dla wyrobionego widza często atrakcyjniejszym obecnie jest wykonanie koncertowe opery niż spektakl. Co za absurd! Na szczęście dyrekcja mojej opery w Wiedniu nie godzi się na wszystko. Dzięki temu gramy 300 razy w roku przy frekwencji ponad 99%!

AN: Jeśli chodzi o frekwencję, w Polsce brak młodej publiczności operowej. Młodzież ma obecnie sporą awersję od tego gatunku - kojarzy im się ona jedynie z nudziarzami w perukach. Ma Pan trzech muzycznie uzdolnionych synów, brał również udział w projektach z uczestnictwem uczniów. Jak to wygląda z Pańskiej perspektywy? Czy jest jakiś sposób na to, by skutecznie przekonać młodych do opery czy szeroko pojętej "muzyki poważnej"?

TK: Kluczem do serca młodego, potencjalnego widza operowego jest jakość i tylko jakość! To nie o peruki tu chodzi! Peruki, pearcing, malowanie się lub tatuowanie jest jak najbardziej w modzie! Tylko dobra jakość broni się w oczach młodego człowieka. Jestem pewien, że młodzi ludzie awersję mają do szmiry, kiczu i potwornie nie lubią, żeby robić im wodę z mózgu albo oszukiwać na scenie.

Nawiasem mówiąc, nie znoszę peruk! Unikam jak ognia! Ani przyklejania brody czy wąsów. Ostatnio śpiewałem w Wiedniu partię Pizarra w operze Beethovena Fidelio. Ta inscenizacja ma 39 lat! Mieliśmy to szczęście, że reżyser Otto Schenk – postać niezwykła na austriackiej scenie- mimo podeszłego wieku pracował z nami podczas prób wznowieniowych. Na moje pytanie, jak mam się charakteryzować, powiedział: - Nic! Nic a nic! Nawet kreski pod oczami! Czy można być bardziej nowoczesnym?

 

 Jako Melitore w Mocy Przeznaczenia Verdiego, materiały prasowe

AN: Czy myślał Pan kiedyś o karierze akademickiego pedagoga? Czy w ogóle w świecie edukacji muzycznej wybitne osobowości sceniczne mogą być zarazem doskonałymi nauczycielami, czy to nierealne połączenie?

TK: Wielcy artyści są raczej kiepskimi nauczycielami. Znam jednak kilka wyjątków...

Kiedyś myślałem, że potrafię uczyć tylko aktorstwa… teraz rewiduję to przekonanie. Myślę, że miałbym wiele do przekazania młodemu człowiekowi o moim zawodzie: jak pracować, uczyć się nowych partii i jak się tej nauki nie bać...

Monologu Holendra w wykonaniu Tomasza Koniecznego można posłuchać TUTAJ.

AN: Wracając do "nowoczesności" - podczas Warszawskiej Jesieni można było Pana usłyszeć w instalacji "Spoon River Anthology" autorstwa Adama Dudka i Aleksandra Nowaka. Zupełnie inna estetyka wokalna: kameralna, intymna, krótkie formy pieśni. Jak czuł się Pan w takim repertuarze i jak podchodzi do tego typu współczesnych projektów – połączenia dźwięku i obrazu? Czy któryś ze współczesnych kompozytorów operowych jest szczególnie przez Pana ceniony?

TK: W tym repertuarze czułem się "nowo", czyli trochę niepewnie. Lubię jednak eksperymentować i spotykać się z czymś nowym. Jestem bardzo zadowolony, że dałem się na ten eksperyment namówić. To rozszerza horyzonty!

Co do nowoczesnej opery, zbyt mało znam współczesny repertuar. Nie mam nic przeciwko takim kompozycjom, pod warunkiem, że są dobre. Z nazwisk młodego pokolenia z pewnością wyróżniłbym kompozytora Spoon River,  Aleksandra Nowaka.

AN: To, co zwraca moją uwagę w Pana wypowiedziach, to duży dystans - do siebie, zawodu - oraz poczucie humoru. Jak udaje się Panu zachować tak zdrowe proporcje w często zmanierowanym, artystycznym środowisku?.

TK: Nie wiem, z jakim środowiskiem artystycznym ma Pani na co dzień do czynienia. Zapewniam jednak, że Ci koledzy, którzy występują w tej tak zwanej pierwszej lidze operowej są bardzo normalni – przynajmniej ogromna ich większość. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że im ktoś większym artystą, tym skromniejszym człowiekiem… Deski tej sceny operowej, na których mam szczęście tu w Wiedniu występować uczą bowiem ogromnej skromności. Uczą także i tego, że nie ma ludzi niezastąpionych...

Opublikowano: 2014-02-11

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 284