Książki MEAKULTURA Numer specjalny Nagrody

Ratując Pigmejów od zapomnienia

Karolina Anna Pawłowska

ratujac-pigmejow-od-zapomnienia
fot. Daniel Zieliński

Od czego zacząć recenzję książki, która zmienia życiowe priorytety i pokazuje, jaką siłę ma muzyka? Przedstawiona przez amerykańskiego muzykologa Louisa Sarno historia wielokrotnie wzrusza, fascynuje, wprowadza w zdumienie, obrzydzenie i podziw. Oczarowany brzmieniem jednego utworu, z dnia na dzień rzucił wszystko i z biletem w jedną stronę poleciał w środek afrykańskiej dżungli. Szukał muzyki, która mogła okazać się jedynie jego ulotnym marzeniem. Zamieszkał wśród Pigmejów Bayaka nie znając ani ich języka, ani jednej twarzy. Mimo to, po raz pierwszy w życiu poczuł, że znalazł ludzi i miejsce, do którego należy. Mieszka tam po dzień dzisiejszy, od prawie trzydziestu lat.

Książka Song from the Forest – My Life among the Pygmies Louisa Sarno zaczyna się tam, gdzie jego fascynacja muzyką Pigmejów Bayaka – w Amsterdamie, podczas studiów doktoranckich. Po tym, jak usłyszał w radiu fragment rdzennej, afrykańskiej muzyki, poczuł ogromny „głód” bliższego jej poznania. Przewertował biblioteki i muzea, by tylko dowiedzieć się czegoś jeszcze, posłuchać kilku więcej dźwięków. Nie był jednak w stanie zaspokoić swojej nagłej fascynacji. Wręcz przeciwnie – czuł, jak narasta w nim chęć poznania tej niespotykanej muzyki. Postanowił więc wybrać się do Afryki. Nawiązał kontakt z muzykologiem, który dwa lata spędził między Pigmejami Mbuti. Z czasem Colin Turnbull stał się nie tylko jego inspiracją i mentorem, ale także przepustką w głąb dżungli. Nie jest bowiem tak łatwo poradzić sobie samemu w Republice Konga. Lokalne władze przepełnione są podejrzeniami co do prawdziwych intencji ludzi z zewnątrz, często próbujących ograbić ich z diamentów czy kulturowego dziedzictwa. Z drugiej strony mieszkańcy wiosek, czy plemiona obozujące w lesie, liczą na zyski i korzyści, które taki „przybysz” może im przynieść. Niebawem nasz bohater sam miał się o tym wszystkim przekonać. Zanim się obejrzał, wsiadał na pokład samolotu do Bangi (stolica Republiki Środkowoafrykańskiej).

Powiedzieć, że początki były trudne – to mało. Sarno tułał się po dżungli, od osady do osady, z plecakiem pełnym sprzętu nagraniowego w nadziei, że znajdzie pamiętną melodię. Po paru niepowodzeniach z oddali dotarł do niego głos jodłującej kobiety. Postanowił zostać jakiś czas w wyłaniającej się zza drzew osadzie, by móc dokładniej przysłuchać się tamtejszej muzyce. Sama nie potrafię sobie wyobrazić, jak wielkie musiało być podekscytowanie Sarno, kiedy już pierwszej nocy zaczął nagrywać muzykę, która go tam przywiodła. Tym większe musiało okazać się jego rozczarowanie, gdy wyszło na jaw, że tematem pierwszego utworu nie były lokalne wierzenia, przyroda, polowanie czy duchy lasu (forest spirits), a lokalny obiekt westchnień Sombolo, którego taniec tak bardzo zawrócił w głowie tamtejszym kobietom, że musiały o tym zaśpiewać. Drugi utwór opowiadał o przystojnym perkusiście, trzeci o dziecku, które  urodziło się nie w lesie, a w szpitalu. Przy czwartej piosence załamany, przestał nagrywać.

Aleksander Przybylski i Aleksandra Chmielewska wręczają Wyróżnienie dla Debiutanta Karolinie Annie Pawłowskiej, fot. Daniel Zieliński 

Louis Sarno jako nowy mieszkaniec Amopolo, był prawie zupełnie ignorowany. Bayaka wyruszali co rano na polowanie, a on zostawał w obozie sam. Jedynym powodem, dla którego ktoś się do niego odzywał, była chęć pożyczenia mydła, czy prośba o papierosa (z których ograbiono go zresztą w ciągu dwóch pierwszych dni). Pigmeje ukrywali przed nim mięso, tygodniami karmiąc go wyłącznie maniokiem. W stopach wylęgły mu się setki larw pchły piaskowej. Widział przez paznokcie, jak żywią się jego mięsem. Oprócz tego kończyły mu się pieniądze. Największa nadzieja - wieczorne muzykowanie Bayaka, brzmiało jak koncert dla turystów i nie było warte nagrywania. W dodatku zazwyczaj kończyło się alkoholową libacją. Sarno będąc na skraju załamania postanowił się spakować i wyjechać.

Wtedy stało się coś najmniej oczekiwanego. Pewnego dnia do beztroskiego śpiewu dzieci spontanicznie dołączyła grupa mężczyzn i  kobiet. Nikt nie tańczył. Wszyscy w skupieniu oddawali się muzyce, a dialogowanie kobiet trwało godzinami. Kiedy śpiewowi oddała się już prawie cała osada, Sarno zauważył zbliżającego się „ducha lasu” (osoba przebrana za krzak ), który dołączył do wykonawców. Kobiety opanował szał, wiele z nich wstało i zaczęło tańczyć. Muzykowanie trwało do wczesnych godzin porannych, Bayaka byli całkowicie pochłonięci ceremonią, a przez całą noc nikt nie poprosił Sarno o papierosa. Dopiero po tym wydarzeniu zaczął nagrywać ich muzykę „na dobre”.

Na drugi dzień wszystko stało się inne. Na śniadanie (po raz pierwszy od dwóch tygodni) ktoś przyniósł mu mięso. Skromne ognisko przed jego chatą zmieniło się z odosobnionego zakątka osady, w miejsce spotkań całej ludności Amopolo. Sarno zrozumiał, że wcześniejsza „kreacja” Pigmejów Bayaka, była tylko przykrywką dla świata zewnętrznego, by ukryć i chronić ich prawdziwy skarb – muzykę. Dostarczone Uniwersytetowi Oksfordzkiemu ponad półtora tysiąca godzin nagrań (co w przeliczeniu daje dwa miesiące słuchania bez przerwy), stało się skarbcem wiedzy na temat życia Bayaka. Nie były to bowiem koncertowe nagrania obrzędów, jakie wcześniej dostarczał chociażby francuski etnomuzykolog Simha Arom, ale zapisy dźwiękowego pejzażu ich życia. Sarno nagrywał nie tylko ceremonie, ale też dźwięki życia codziennego, w których słychać rozmowy dorosłych, śmiech dzieci i przyrodę - od porannych arii goryli i witających dzień ptaków, które swe szczebioty i świergoty kontynuowały cały dzień, przez jazgotliwe etiudy cykad i ostatnie zawołania małp żegnających zachodzące słońce, po nocne koncerty orkiestry insektów, które wypełniały dżunglę metalicznymi brzmieniami. Zrozumiał, że Bayaka są nieodłączną częścią lasu tropikalnego, a ich muzyka jest tylko głosem do akompaniamentu grającej dżungli.

Z czasem stał się jednym z nich, a wręcz głową plemienia. Dbał o dzieci, przywożąc im z Ameryki materiały do nauki pisania i czytania, opłacając ubezpieczenie, czy kupując leki. Na co dzień opiekował się też starszymi i chorymi. Dbał o ich interesy poza Amopolo i nie pozwalał na wykorzystywanie ich do pracy czy celów komercyjnych. Mierzył się też z wieloma problemami. Stanął przed dylematem roli muzykologa w ukulturalnieniu niezmiennego w swych tradycjach plemienia. Lecąc w serce Republiki Konga miał zamiar tylko nagrać fascynującą go muzykę, a nie budować w środku dżungli latryny (czego oczekiwały od niego lokalne władze). Nie z samej książki, ale z jej narracji można wyczytać jak bardzo Louisowi zależało na tamtych ludziach. W końcu była wśród nich też jego żona.

Po tym, jak przyszły teść zażądał za córkę trampki, pasek do spodni, zegarek, radio na 6 baterii i dom w pobliskiej wiosce, Sarno sam nie do końca wiedział, w co się pakuje. Nie wie pewnie też, że jego książka oprócz antropologicznych opisów życia Pigmejów Bayaka, ich obrzędów, wierzeń i ceremonii w dużej mierze jest książką o miłości. I tak jak wystarczyła mu jedna piosenka, by kupić bilet do Afryki, tak wystarczył mu jeden taniec Ngbali, by bezgranicznie się w niej zakochać. I mimo że oboje nie byli klasycznym przykładem małżeństwa, to kochali się na swój sposób. Długie opisy miłosnych upadków i wzniesień obrazują, jak bardzo zakochany jest Sarno w swej wybrance, której zajęło (bagatela!) sześć miesięcy od małżeństwa, by pierwszy raz się do niego uśmiechnąć.

Louis Sarno pisał swoją książkę w Kongo, często kucając gdzieś pod drzewem, z notatnikiem na kolanach. Otaczały go śpiewające ptaki, małpy zrzucające mu na głowę resztki jedzenia. Kiedy natomiast pisał w swojej chatce, całe Amopolo zbierało się pod oknem, by godzinami obserwować każde zapisywane przez niego słowo. Ogromną przyjemność dawało mu pisanie o Bayaka w ich towarzystwie. Zresztą wszystko, co robił, robił dla nich. Pieniądze z książki i nagrań przeznaczał na zakup potrzebnych im rzeczy. Sam nigdy nie wzbogacił się na ich muzyce, a wręcz przeciwnie – popadł w długi starając się zapewnić Bayaka podstawy edukacji czy opieki zdrowotnej. Książka wydana w 2015 jest drugim nakładem Song from the Forest. Pierwsza edycja, opublikowana w 1993 poszerzona została o ustępy dotyczące Rezerwatu Dzanga-Sangha, w którego skład wchodzą tereny zamieszkiwane przez Bayaka, oraz o dyskografię muzyki Pigmejów. Wydana w ubiegłym roku natomiast, zawiera przedmowę (napisaną przez amerykańskiego pisarza Alexa Shoumatoffa, który w 2011 podczas swoich badań w Kongo spotkał Sarno)  i posłowie (napisane przez niemieckiego dziennikarza Michaela Oberta, który, zafascynowany postacią Louisa Sarno, nakręcił film pt.: Song from the forest, zdobywając wiele nagród na międzynarodowych festiwalach filmowych). Oba wydania zawierają na końcu podsumowanie Louisa Sarno, w którym pisze, że książka ta na pewno nie jest książką z zakresu antropologii. Jego silnie emocjonalny opis obyczajów Bayaka nie porusza wielu aspektów ich życia. Faktycznie, bardziej przypomina pamiętnik niż pracę naukową. Z drugiej jednak strony, książki antropologiczne bardzo się od siebie różnią, a zbliżone w formie i wyrazie Dzienniki Malinowskiego, należą do podstawowej lektury z zakresu światowej antropologii. Trzeba również zauważyć, że badacze, etnomuzykolodzy czy antropolodzy, często nawiązują trwałe relacje z badanymi społecznościami, niektórzy nawet na jakiś czas wśród nich zamieszkują. Sarno jednak poświęcił Pigmejom Bayaka większość swojego życia. Sam mówi o sobie, że jest mieszkańcem Republiki Środkowoafrykańskiej. Jest dumny, że udało mu się znaleźć Bayaka z ich unikalną kulturą, nie przesiąkniętą światem zewnętrznym, a ich muzykę uważa za jeden z największych skarbów ludzkości. Niezmienna  od czasów starożytnego Egiptu, po dzień dzisiejszy. Wysłana w kosmos przez NASA i wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Muzyka Bayaka będąca na krawędzi zapomnienia, zostaje uratowana przez człowieka, którego fascynacja doprowadziła do wielu poświęceń i wyrzeczeń. Muzykologa, który dopiero po kilku latach badania muzyki Pigmejów zrozumiał co zawierało nagranie, które go tam przywiodło.

Był to żałosny krzyk o pomoc i przetrwanie, który rozbrzmiewa w sercu Konga do dziś.

okładka książki (wydanie z roku 1993)


Tekst uhonorowany Wyróżnieniem dla Debiutanta III edycji Konkursu Poskich Krytyków Muzycznych KROPKA. Artykuł ukazał się na łamach meakultura.pl 2.12.2016.

Numer specjalny dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Opublikowano: 2017-06-12

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 260