Pieśń wspólna. Nostalgia Festival w relacjach młodych krytyków

M. Geming, A. Lis, Z. Nalepa, J. Różańska, R. Siemionek, P. Sznajder

piesn-wspolna-nostalgia-festival-w-relacjach-mlodych-krytykow
baner Festiwalu Nostalgia

Warsztaty krytyki muzycznej z Fundacją MEAKULTURA towarzyszyły Festiwalowi Nostalgia już po raz czwarty! Poniżej prezentujemy owoc tegorocznych zajęć. Na mozaikową relację złożyły się refleksje młodych krytyków, formułowane na bieżąco po projekcjach filmowych i koncertach festiwalu.

16.11.2017

Takich pieśni sobie szukam, reż. Jagna Knittel

Na piątkowych warsztatach zastanawialiśmy się, czego oczekujemy po tegorocznej edycji Nostalgia Festival. Odpowiedzi były różne. Jednym zależało na dobrej organizacji, inni  spodziewali się po prostu dobrej muzyki. Ja natomiast oczekiwałam szczerości. Nie zawiodłam się, bo otrzymałam ją już  podczas oglądania filmu „Takich pieśni sobie szukam”. Opowiada on o grupie ludzi żyjących w małej wiosce na Polesiu, którzy śpiewają tradycyjne pieśni wiejskie.  Są to osoby starsze, jedne z nielicznych, które do dziś czynnie biorą udział w działalności tamtejszych zespołów wokalnych. Niestety, jak wspomina jedna z bohaterek reportażu, młodzież z okolicznych wiosek nie garnie się do praktykowania tradycji, przez co zespół liczy tylko kilku członków. Wydaje się to niezwykle smutne, biorąc pod uwagę możliwość całkowitego zaprzestania wykonywania folkloru muzycznego. Na szczęście, film nagrywają młodzi ludzie, którzy przyjeżdżają na Polesie, by nauczyć się tamtejszych pieśni. Obraz jest bardzo naturalistyczny, nostalgiczny, a także wzruszający i momentami wstrząsający. Sceny, w których widać wspólnotę i więzi między mieszkańcami wioski ukazują jak bardzo różni się życie prowincjonalne od miastowego. Poleszucy szybko przywiązali się do gości, okazywali im wielką życzliwość oraz wdzięczność za zainteresowanie się tak ważnymi dla nich tradycjami, o które się przecież martwili.  Odbiorca może utożsamić się z bohaterami, a wręcz odczuwa potrzebę natychmiastowego udania się do ich domów i nauki tradycyjnych pieśni. Po projekcji filmu ciężko było mi nie wracać do niej myślami, dlatego postanowiłam poszukać czegoś więcej na temat tradycyjnych pieśni tamtego regionu. Tym sposobem znalazłam płytę „Oj borom borom” Maniuchy i Ksawerego. Maniucha występująca w filmie  to jedna z młodych dziewczyn,  które pojechały na Polesie ratować muzykę. I najwyraźniej uratowała. Za to należą się jej ogromne brawa.

[Zuzanna Nalepa]

Projekcje Filmowa Pieśń Wspólna, fot. M. Zakrzewski

Takich pieśni sobie szukam przedstawia życie śpiewaków z ukraińskich wsi. Śpiew jest nieodłączną częścią ich życia, towarzyszy fizycznej pracy na polu, przy gospodarstwie domowym, wspólnym posiłkom i końcowi dnia, gdy kładą się do snu. Repertuar, który znają i wykonują, odziedziczyli po babkach, prababkach, spotkania z młodym pokoleniem, sami traktują zaś jako okazje do wspólnego śpiewu i przekazywania tradycji. W filmie słyszymy, że pieśń powstaje z nieszczęścia – opowiada o codziennym życiu, ciężkiej pracy, relacjach człowieka z człowiekiem. Śpiew jest szczery i pełen emocji. Trudno jest go młodszych nauczyć, ponieważ wymaga mocnego głosu i autentyczności, którą nadają doświadczenia wiejskiego życia. Film dokumentuje walory artystyczne wiejskich pieśni, a jego głównym celem jest ochrona tradycyjnej kultury muzycznej ukraińskich wsi przed całkowitym zapomnieniem. Twórca dokumentu w pełni oddaje głos głównym bohaterom i ich muzyce.

Dokument niczego nie dopowiada, nie komentuje, dzięki czemu pozostaje obrazem wiernym rzeczywistości. Z poziomu sali kinowej widz może doświadczyć piękna muzyki wykonywanej w jej naturalnym środowisku. Może zachwycić się przedstawianą tradycją muzyczną i dostrzec jak ważna jest idea jej utrwalenia w pamięci młodszych pokoleń.

[Julia Różańska]

Natychmiast po obejrzeniu filmu Takich Pieśni Sobie Szukam przypomniała mi się rozmowa z Maćkiem Sobczakiem, a dokładniej, słowa dotyczące nagrywania ostatniej płyty Hot Water, gdy powiedział: „Brałem instrument, grałem podkład, zaraz potem wchodząc w solówkę i wychodząc z końcówką mówiąc ‘kropka’. Bo tak jest, tak gram i nie zamierzam tego zmieniać. Są brudy, kopsnięcia, niedociągnięcia – mam to w… I jeśli ktoś to polubi, to świetnie. Jeśli nie, no cóż. Nie zamierzam tego czyścić, bo po co miałbym to robić?” I te skojarzenia trzymają się mnie do dziś, bo film daje surowy i bezpośredni obraz. Czasem jednostajny, czasem cieplejszy, czasem chłodniejszy – w sumie bez znaczenia – bo z tą treścią niespecjalnie można dyskutować. Całość to fragmenty prostych historii kobiet, których krzywa życia jest już w ostatniej fazie, ale każda z nich ma w sobie tę ujmującą siłę, na którą składają się: prostota, bezwzględna szczerość, szorstkość języka oraz bezpretensjonalność. Jagna Knittel na szczęście nie próbowała na tej podstawie budować jakiejś efektownej (np. pod względem dramaturgii) opowieści. Spójność tej produkcji – choć produkcja to zdecydowanie złe słowo – nadaje wyłącznie czas, temat, miejsce i fakt nagrania… i bardzo dobrze. Z jednej strony widać tu przemijający świat, który w tym kształcie za moment zniknie, co może w pierwszym odruchu budzić jakiś smutek i niezgodę (u mnie takie myśli się pojawiły), ale dosłownie kilkadziesiąt sekund później w kadrze gości Maniucha Bikont wywracając tę perspektywę do góry nogami. Nie tylko dlatego, że wraz z nią przyszedł uśmiech, wspólne śpiewy, a w finale gorące pożegnanie. Dziś trudno mi sobie wyobrazić lepszy finał tej historii niż tegoroczna premiera płyty Oj borom, borom, gdzie Maniucha wraz z Ksawerym Wójcińskim interpretuje... pieśni z Polesia.  


[Maciej Geming]

16.11.2017

Krzyk, reż. Jerzy Skolimowski

Pierwszy dzień festiwalu Nostalgia wprowadzał publiczność w tematykę pieśni poprzez projekcję różnych dzieł filmowych. Ostatnim, bardzo znaczącym dziełem tego dnia był film Krzyk (The Shout) w reżyserii Jerzego Skolimowskiego. Film opowiadał o historii zwykłego kościelnego organisty, muzycznego eksperymentatora, który żył w jednej z angielskich wsi. Pewnego dnia jego życie zmieniło się drastycznie, kiedy w domu zagościł nieznany wędrowiec, uczeń aborygeńskich szamanów. Jego najcenniejszą umiejętnością był krzyk, którym potrafiłby zabić. Krzyk, który możemy potraktować jako formę śpiewu jest najbardziej naturalnym dla ludzi medium muzycznym. Kontrastując ze sobą postaci nieustępliwego muzycznego naukowca oraz nadludzko silnego wędrowca, Skolimowski przekazuje nam najprostszą, ale i najtrudniejszą do odnalezienia prawdę. Tak naprawdę siła muzyki nie musi się tkwić w wymyślnie obliczonych schematach muzycznych oraz nieustannych zaskoczeniach, ale przede wszystkim w jej naturalności. Pieśń jest dla ludzi najprostszym do zrozumienia środkiem przekazu, dlatego od wieków to właśnie pieśni trafiały do naszych serc czy to za sprawą średniowiecznych trubadurów, barokowych śpiewaków czy ówczesnych gwiazd popu. Mimo upływu czasu każdy z nas nostalgicznie powraca do pieśni, bo to w nich tkwi siła poruszająca naturę, ale także nasze serca. Krzyk był jednym z trudniejszych, ale chyba najbardziej pouczających spośród zaprezentowanych na festiwalu obrazów filmowych i idealnie wpasował się w motyw przewodni tegorocznej tematyki Nostalgii.

[Patrycja Sznajder]

 

17.11.2016

Paweł Mykietyn, Sonety Szekspira, Wyliczanka

Twórczość Pawła Mykietyna okazuje się idealnym odzwierciedleniem statusu muzyki współczesnej. Sonety Szekspira to w rzeczywistości festiwal ogromnych skrajności - spektrum przeróżnych technik, nawiązań muzycznych oraz emocji, a wszystko to zostało spotęgowane wysokim rejestrem kontratenora. Jednak w pozornym chaosie jest  metoda. Sonety jawią nam się jako dobrze skrojona całość, gdy przekazują nam jak najwięcej doznań w tak krótkim czasie. W pamięć zapadł mi szczególnie ostatni sonet; Tir'd with all these, for restful death I cry (W śmierć jak w sen odejść pragnę, znużony tym wszystkim), który znakomicie zamyka cykl, dosadnie stawiając kropkę swoją tematyką  stanowczym charakterem. Fortepian oraz głos są niewątpliwie partnerami, pomimo wachlarza zastosowanych technik, takich jak punktualizm czy użycia wirtuozowskiej arii z licznymi ozdobnikami.

 

„Sonety Szekspira” Pawła Mykietyna, Michał Sławecki, Joanna Wicherek, fot. M. Zakrzewski

Mimo to wspomniane szaleństwo jest niczym w porównaniu do Wyliczanki, będącej eksperymentem kompozytora z ideą permanentnego accelerando. Kompozycja napisana 17 lat po sonetach jest intrygującym dowodem na to, jak wiele pokładów kryje się w artyście. Poprzez tekst dziecięcej wyliczanki, charakterystyczny skład orkiestrowy oraz matematyczny algorytm, powodujący nieustanne narastanie tempa, a w następnej części jego stabilizację i spowolnienie, przenosimy się do przeróżnych światów nostalgii, w których czas przyspiesza oraz staje w miejscu, czasem nawet równocześnie. Utwór balansuje na cienkiej linii, przeskakując zgrabnie między stylistyką quasi-rockowych groove’ów aż po quasi-barokową fugę, nie pozwalając słuchaczowi na dłuższą chwilę oddechu, co doskonale współgra ze specyfiką utworu. Oba utwory wydają się czarną herbatą bez cukru. Czasem ciężko do niej podejść, przyzwyczaić się. Burzą znany nam porządek starannie układany przez lata. Jednak jeśli tylko przebrniemy przez pierwszy łyk, odkryjemy zupełnie nowe bogactwo, które przecież istniało w muzyce cały czas. Być może Paweł Mykietyn w żadnym z tych utworów nie wprowadza rewolucji, nie burzy żadnego muru, jednak przesuwa go na tyle, by pokazać, ile miejsca jeszcze pozostało na naszym małym podwórku sztuki.

[Jakub Kranc]

„Wyliczanka” Pawła Mykietyna, Orkiestra Muzyki Nowej, Szymon Bywalec, fot. M. Zakrzewski

Paweł Mykietyn to znany i ceniony kompozytor, kojarzony również z niekonwencjonalnym podejściem do muzyki. Sonety Szekspira skomponował na przełomie 1999 i 2000 roku. Zostały one zadedykowanie żonie twórcy, Katarzynie. Są one o tyle ważne w dorobku artysty, że stanowiły pierwszą próbą podsumowania całej jego dotychczasowej twórczości. Ze wszystkich utworów usłyszanych tamtego wieczoru, najbardziej zapamiętałam trzecią część cyklu: Music to hear, why hear’st thou music sadly? W tym sonecie najsilniej dało się odczuć samotność człowieka i jego odrzucenie. Można było usłyszeć je przez powtarzanie słów w dwóch ostatnich wersach poezji ˗ Whose speechless song, being many, seeming one // Sings this to thee: 'Thou single wilt prove none.' Były one powtarzane zarówno zarówno w partii kontratenora (Michał Sławiecki) jak i fortepianu (Joanna Wicherek). Tworzenie takiego rodzaju echa przypominało odbijanie fal dźwiękowych, przywodzących mi na myśl przeraźliwą pustkę samotnej osoby. Zakończenie utworu poprzez wyśpiewanie słowa “single” i powtarzanie go, także nie jest tu przypadkowe. Całość wywarła imponujące wrażenie, choć sądzę, że gdyby istniała możliwość zapewnienia widzom wglądu do słów przez organizatorów, uznanie byłoby jeszcze większe. Niemniej, śpiew Michała Sławieckiego w połączeniu z grą Joanny Wicherek wzruszył mnie i poruszył serce. Po wyjściu z koncertu, podekscytowana, chciałam jak najszybciej wrócić do domu, by ponownie odsłuchać kompozycji Pawła Mykietyna. I był to przepis na udany, piątkowy wieczór.

[Alexandra Lis]

Podczas pierwszej części koncertu zaprezentowano sześć sonetów Szekspira, do których muzykę skomponował Paweł Mykietyn w roku 1999/2000. Obsadę stanowił fortepian ˗ Joanna Wicherek, oraz kontratenor ˗ Michał Sławecki. Muzyka, bardzo zróżnicowana poprzez użycie wielu technik pianistycznych, dobrze oddawała treść sonetów. Moją szczególną uwagę przykuł efekt echa, zastosowany w Sonecie III - doskonale podkreślał on nastrój panujący w tekście. Jednak jeśli chodzi o utwór, który wywoływał we mnie największe poczucie nostalgii, muszę wskazać Sonet VI. Wydawał mi się nieco odbiegać od teatralnego charakteru pozostałych utworów, jako jedyny wzbudził we mnie głęboką zadumę i melancholię, czego powodem było, jak sądzę, bardziej liryczne aniżeli aktorskie jego wykonanie przez śpiewaka.

Druga część koncertu miała już zupełnie inny charakter. Przedstawiony został utwór powstały w roku 2017, różnica między nim a Sonetami uwidoczniła się jeszcze zanim „Wyliczanka" została wykonana ˗ obsada obejmowała trzy śpiewaczki jak i całą Orkiestrę Muzyki Nowej. Tym razem nie posłużono się tekstem poetyckim, lecz dziecięcą wyliczanką, która powtarzana była przez cały utwór. Znacznie ograniczyło to w moim odczuciu możliwość interpretacji i szukania związków słowno-muzycznych, gdyż nie było tutaj żadnych emocji czy odczuć, które można by przenieść na grunt samej muzyki. Całość była więc dosyć syntetyczna i "nowoczesna", także dzięki użyciu współczesnych instrumentów, takich jak gitara elektryczna czy drum pad. Melodia jak i tempo utworu były bardzo niejednolite, czasem wydawało się, że niektóre instrumenty grały zupełnie przypadkowe dźwięki. Wyliczanka bardziej przywodzi mi na myśl matematyczny eksperyment, którego rolą, choćby w porównaniu do prezentowanych wcześniej Sonetów, jest raczej wywołanie poczucia  skonfundowania i szoku, aniżeli refleksji czy przeżyć emocjonalnych.

[Anna Zarzycka]

„Wyliczanka” Pawła Mykietyna, Joanna Lalek, Anna Gadt, Agnieszka Kiepuszewska, fot. M. Zakrzewski

Drugi dzień warsztatów minął pod znakiem analizy dzieła muzycznego pod kątem muzykologicznym, fenomenologicznym i hermeneutycznym. Interpretowaliśmy preludia Chopina w kontekście komentarzy takich wybitnych osób jak Adolf Chybiński czy Roman Ingarden. Ćwiczenie takich form komentarza muzycznego przygotowało nas do niesamowitego przeżycia, które zagwarantował wieczorny koncert. Zaprezentowane zostały na nim dwa wybitne dzieła Pawła Mykietyna – Sonety Szekspira oraz Wyliczanka (która wykonana została dopiero po raz drugi, jej prawykonanie odbyło się w maju bieżącego roku w Katowicach). Utwory dzieli 17 lat – jest to z pewnością długi okres, co w moim odczuciu, znacząco wpłynęło na kompozycje. Sonety ukazywały sprzeczne uczucia takie jak namiętność i nostalgia, natomiast Wyliczanka zawiera w sobie pierwiastek szaleństwa, niezwykle pociągający. Mam wrażenie, że najnowszy utwór ma za zadanie zszokować odbiorcę, że kompozytor tylko czeka na reakcję słuchacza i jakakolwiek by ona nie była, kompozytor będzie miał uciechę z możliwości jej obserwowania.

Oba dzieła są trudne w interpretacji. Odbiorca musi wykazać się szczególną umiejętnością skupienia, ponieważ bez tego elementu w odsłuchu można się zwyczajnie zagubić i powrót do przyjemności słuchania, jak sądzę, mógłby sprawić niezwykłą trudność. Nieprawdopodobne emocje zagwarantował mi również głos Michała Sławeckiego – nieczęsto zdarza mi się słyszeć kontratenor na żywo i do tego w kreacji pełnej ekspresji nie tylko muzycznej, ale również deklamacyjnej. Chociaż piszę tę relację następnego dnia rano, wciąż pozostaję pod głębokim wrażeniem wczorajszego koncertu, który na mojej prywatnej liście rankingowej muzycznych wystąpień zajmuje wysoką pozycję i tak pewnie już pozostanie.

[Zuzanna Nalepa]

 

„Sonety Szekspira” Pawła Mykietyna, Michał Sławecki, fot. M. Zakrzewski

18.11.2017

Bardo, John Potter i Amores Pasados, Songs. Alternative History

Drugi dzień koncertowy festiwalu przyniósł dwie zupełnie inne odsłony pieśni, oba iście przeszywające. Duet Bardo z gościnnym udziałem Michała Pepola znakomicie oddał znaczenie słowa nostalgia. Otrzymaliśmy podróż do wspomnień własnych, ale co najwspanialsze ˗ wspomnień cudzych, zaklętych w muzyce. To wielki wyczyn poruszyć dźwiękiem serca tak mocno, iż zaczniemy czuć rzeczy, które tak skrupulatnie zamknięto w tym metafizycznym słowniku muzyki. Poprzez połączenie głosu (Barbara Kinga Majewska), fortepianu (Bartek Wąsik), wiolonczeli (Michał Pepol) i elektroniki udało się stworzyć obraz skomplikowany, a zarazem przejrzysty. Splot gatunków muzycznych bardzo pozytywnie wpłynął na jakość, pozwalają na błogie oddanie się emocjom i czerpanie radości z każdego dźwięku. Porywająca partia wokalna niejako wychodziła słuchaczowi naprzeciw, wyciskając z każdego choćby wewnętrzną, łzę. Połączenia tego nie powstydziłby się żaden artysta, zarówno z gatunku muzyki popularnej, jak i współczesnej, co zdarza się wyjątkowo rzadko. Kilka dni po koncercie wciąż powracam w pamięci do tego wspaniałego wydarzenia.

„Songs” – premiera Bardo, fot. M. Zakrzewski

Drugi koncert wieczoru, należący do projektu Alternative History, zabrał widownię w wędrówkę w czasie i przestrzeni, prezentując europejskie utwory wokalno-lutniowe pochodzące z XVI–XX wieku. Choć nieco zachowawczo, kwartet ukazał nowe spojrzenie na klasyczne pieśni, poprzez oddanie niemal całkowicie pola emocjom, które zawsze były istotne. Dobór repertuaru ukazał uniwersalność pieśni i jej niezbywalne walory estetyczne na przestrzeni wieków, niejako udzielając odpowiedzi na pytanie, czym tak naprawdę jest pieśń. John Potter nadal czaruje swoim głosem, który wraz z Anną Marią Friman tworzy idealne przeciwieństwo, a zarazem jedność. Wirtuozi lutni, czyli Ariel Abramovich oraz Jacob Heringman błyszczą dzięki swojej grze. Widać w ich scenicznej postawie przyjemność z grania oraz wzajemne zrozumienie w zespole, które niewątpliwie wpływa na jakość odbieranego wystąpienia.

„Alternative History” Amores Pasados, John Potter, fot. M. Zakrzewski

Nostalgia niewątpliwie górowała tu w postaci najatrakcyjniejszej, czyli takiej, która sięga w głąb nas, ale przede wszystkim również  w głąb samego artysty. Z czystym sumieniem polecam festiwal każdemu. Zachęcam jednak, by przyjść na niego przygotowanym mentalnie, aby ogromna porcja nostalgii nie przerodziła się w melancholijną pustkę. 

 [Jakub Kranc]

Wieczorny koncert wypełnił repertuar związany z projektem Alternative History, łączącym czworo artystów (wokalistów Annę Marię Friman i Johna Pottera oraz lutnistów/vihuelistów ­Ariela Abramovicha i Jacoba Heringmana) w nowym spojrzeniu na historię muzyki, pod hasłem „pieśń jest po prostu pieśnią”. Jak określili to sami artyści, pod nazwą tego projektu kryje się zarówno „dążenie do odkrywania muzyki przeszłości i dostosowywania jej do własnych muzycznych poszukiwań, jak i idea reinterpretacji pieśni jako gatunku, który przez wieki ewoluował od sfery, w której należał ‘do tego, kto śpiewał, gdy śpiewał’, do sfery ‘sztuki wysokiej’, w której kompozytor opracowuje tekst poetycki, a potem swój utwór oddaje w ręce profesjonalnych wykonawców”.

Czy twórcom udał się ten efekt? Pomysł usłyszenia różnorodnych pieśni angielskich, hiszpańskich, motety Salve Regina i Inviolata franko-flamandzkiego mistrza Josquina des Prés czy utwór Arvo Pärta Pari intervallo musiał brzmieć bardzo zachęcająco. Niestety, do ambitnego programu potrzeba również odpowiednich wykonawców. Nie można niczego zarzucić dwóm lutnistom ˗ bardzo dobrze się razem zgrali, tworzyli organiczny zespół słuchający się nawzajem, tkający delikatnymi ruchami bardzo piękne i poetyckie tło do prezentowanych pieśni. Utwór Pärta był prawdziwym majstersztykiem. Bezkresna metafizyka dźwięków, wsłuchiwanie się w ciszę i delikatne wybrzmienie dźwięku złożyły się na bardzo udaną transkrypcję utworu, który, pisany na organy, w wykonaniu na dwie lutnie nabrał zupełnie nowego, ciekawego wymiaru.

Wokaliści niestety nie stanęli na wysokości zadania. John Potter miał ewidentne problemy z intonacją głosu i niestarannie kończył frazę, tak jakby miał problem z podparciem dźwięku. Anna Maria Friman również nie zawsze grzeszyła czystą intonacja, w dodatku jej głos był dosyć chropowaty i z dziwnym przydechem ˗ miał w sobie mało subtelności i szlachetności, której wymagalibyśmy od artystki śpiewającej pieśni. Po krótkim czasie jej słuchanie zwyczajnie męczyło. Poza tym dwoje wokalistów w duetach nie zawsze śpiewało synchronicznie, rozmijali się i brakowało wzajemnej „chemii” i zgrania. Całości brakowało pewnego homogenicznego współbrzmienia, które znamy z nagrań czołowych zespołów wokalnych wykonujących muzykę dawną. Dlatego zdecydowanie lepiej wypadały pieśni solowe, a w przypadku Anny Friman utwory, w których zamiast śpiewać, chwytała za skrzypce.

„Alternative History” Amores Pasados, John Potter, fot. M. Zakrzewski

„Alternative History” Amores Pasados, Jacob Heringman, Ariel Abramovich, Anna Maria Friman, fot. M. Zakrzewski

Czy warto było pójść na ten koncert? Na pewno pozwolił on poznać nowe horyzonty muzyczne. Niemniej jednak, jeśli idziemy na koncert pieśni, główną uwagę przykładamy do wokalistów, a nie instrumentalistów-akompaniatorów. W rezultacie otrzymaliśmy sytuację przypominającą wizytę w dobrej restauracji, gdy zamawiając jakieś wykwintne mięso, bardziej od mięsa zapamiętaliśmy smak sosu i dodatków. 

[Radosław Siemionek]

Opublikowano: 2017-11-29

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 263