Muzyka popularna Radio i Telewizja Konkursy

To nie my (wygraliśmy Eurowizję)

Krzysztof Stefański

to-nie-my-wygralismy-eurowizje
Michał Szpak - zdobywca ósmego miejsca na Eurowizji w 2016 roku; materiały prasowe

Biała, prosta sukienka, w której Edyta Górniak wystąpiła w Dublinie podczas finału 39. Konkursu Eurowizji, podobno została specjalnie kupiona w Hongkongu za 30 milionów starych złotych. Strój spełnił swoje zadanie. Gdy na scenie stanęła młoda wokalistka w prostej kreacji i białych płaskich czółenkach, można było uwierzyć, że – jak śpiewała w swojej konkursowej w piosence To nie ja! – jest „białą, czystą kartką”. Jej głos był jednocześnie wrażliwy i subtelny, lecz także pewny i mocny: w końcowej wokalizie dała upust swoich możliwości, ani razu nie schodząc z właściwej intonacji. Choć w obiektywie kamer Edyta Górniak wyglądała delikatnie, ten obraz nie powinien nikogo zmylić: artystka była w pełni świadoma tego, co robi i przyjechała do Dublina, by wygrać.

Nie udało się. Konkurs w 1994 roku po raz trzeci z rzędu wygrali Irlandczycy – tym razem duet Paula Harringtona i Charliego McGettigana z sentymentalną piosenką Rock’n’Roll Kids. Co zaważyło na tym wyniku? Być może wpływ na część jurorów miała kontrowersja z występem Górniak podczas próby generalnej, gdy zaśpiewała fragment piosenki w języku angielskim (wykonawcy byli wówczas zobowiązani do śpiewania w językach narodowych). Może niektórych zniechęciła nadekspresywna mimika i gestykulacja polskiej reprezentantki, a może niejasny i nazbyt poetycki tekst Jacka Cygana (sam do dziś nie rozumiem, co ma znaczyć, że „ludzie są wycięci z szarych stron, ze środka ksiąg”…). A może po prostu nostalgiczna piosenka irlandzkiego duetu silniej rezonowała z członkami jury?

Choć nie udało się wygrać, drugie miejsce zdobyte w konkursowym debiucie Polski słusznie odczytano jako sukces. Uwierzyliśmy, że Polska może wygrać Eurowizję: wystarczy tylko wysłać na Konkurs którąś z popularnych rodzimych wokalistek, a sukces mamy gwarantowany. W eurowizyjne szranki stawały kolejno: Justyna Steczkowska, Kasia Kowalska i Anna Maria Jopek. Wszystkie bezskutecznie. Steczkowskiej w jej onirycznej piosence Sama towarzyszyli góralscy muzycy, jednak nawet sięgnięcie po folklor nie mogło zamaskować okropnie sfałszowanych wysokich dźwięków i budzącej konfuzję gestykulacji.

Fałszu nie zabrakło też w jazzującej balladzie Chcę znać twój grzech Kasi Kowalskiej, której nie pomogło nawet to, że w telewizyjnej pocztówce powodzenia życzył jej (w swoim pierwszym roku urzędowania) prezydent RP Aleksander Kwaśniewski.

W 1997 roku postawiliśmy wytoczyć najcięższe możliwe działa. Anna Maria Jopek w piosence Ale jestem nie zawiodła, śpiewała czysto, pewnie, lekko. Chórki były perfekcyjne, i nic w tym dziwnego, skoro jedną z wokalistek była Dorota Miśkiewicz (już rok wcześniej wspierająca Kowalską).

Annie Marii Joperk towarzyszyła w Dublinie orkiestra poprowadzona przez Krzesimira Dębskiego. Piosenka była skoczna i zawierała w melodyce (szczególnie w bridge’u) elementy folkloru, które na Eurowizji zazwyczaj stanowią atut. Może nie była to piosenka na miarę zwycięskiego szlagieru Love Shine a Light reprezentującego Wielką Brytanię zespołu Katerina and the Waves, lecz na pewno zapadała w pamięć – obok występu Edyty Górniak była to jedyna polska konkursowa propozycja, którą zapamiętałem z lat dziewięćdziesiątych. Z tego powodu jedenaste miejsce musiało być odczytane jako wielka porażka. Jak ją wytłumaczyć? Może znów zaszkodził trudny, poetycki tekst? Może Ale jestem było zbyt wymagającą pozycją?

Po jedenastym miejscu Anny Marii Jopek skończył się na Eurowizji czas polskich diw i w następnym roku sięgnięto po debiutantów – zespół Sixteen. Dziś ta nazwa może wiele nie mówi, ale wydany przez zespół w 1997 roku debiutancki album Lawa zyskał status platynowej płyty. Niestety, rok później zmarł lider zespołu Jarosław Pruszkowski – eurowizyjny występ był jedną z ostatnich wspólnych produkcji Sixteen. Piosenka To takie proste stanowi niemal podręcznikową definicję polskiego pop-rocka lat dziewięćdziesiątych, a gdy dodać do tego fakt, że i tu w bridge’u pojawiają się motywy ludowe, piosenka Sixteen jest chyba najbardziej idiomatycznie polskim utworem, jaki reprezentował nas na Eurowizji. I pewnie dlatego nie zdobył wielkiego uznania w Europie.

Lata dziewięćdziesiąte domknął Mietek Szcześniak. Jego występ został oceniony na tyle nisko, że – zgodnie z ówczesnym regulaminem – Polska została wykluczona z udziału w Konkursie w kolejnym roku. Przytul mnie mocno napisana przez Seweryna Krajewskiego rzewna i, w gruncie rzeczy, dość nudna ballada śpiewana z miejsca była spóźniona o dobrą dekadę.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych na Eurowizji znaczenia nabrało głosowanie telewidzów; coraz wyraźniejsza była też obecność w Konkursie środowisk LGBT, dla których historyczną chwilą było zwycięstwo drag queen Dany International z Izraela w 1998 roku. Eurowizja wraz z nowym tysiącleciem wyraźnie przesuwała się w stronę estetyki kampu.

Po roku przerwy Polska powróciła na Eurowizję odmieniona. Reprezentujący nas Andrzej Piasek Piaseczny był wprawdzie znanym, lecz już raczej nie „poważnym” artystą. Jego piosenka 2 Long była nieskomplikowanym, kiczowatym popem. Do tego po raz pierwszy przedstawiliśmy piosenkę w języku innym niż polski. Piasek wystąpił w brązowym futerku, które dość szybko z siebie zrzucił (wiosna w Kopenhadze bywa dość ciepła), a które dodało naszemu występowi szczyptę kampu, a także pierwszą w Konkursie nagrodę – Barbara Dex Award dla najgorzej ubranego wykonawcy. Nieco gorzej oceniło występ Piaska konkursowe jury i Polska w następnym roku znów musiała pauzować.

Wraz z rosnącą popularnością głosowań telewidzów, w 2003 roku po raz pierwszy w Polsce zorganizowano otwarte i transmitowane preselekcje do Konkursu. Zwyciężył będący wówczas na topie zespół Ich Troje z piosenką Keine Grenzen – Żadnych granic, której przekaz dobrze oddawał polskie nastroje w przededniu wejścia do Unii Europejskiej. Piosenka zdobyła wówczas siódme miejsce, które do dziś jest drugim najlepszym polskim wynikiem w Konkursie. Wielojęzyczność w tym czasie stała się naszą specjalnością. Keine Grenzen – Żadnych granic zabrzmiało po polsku, niemiecku i rosyjsku.

Rok później Blue Café zaśpiewało piosenkę Love Song po angielsku i hiszpańsku.

W 2005 roku Ivan i Delfin – piosenkę Czarna dziewczyna po polsku i rosyjsku

Wszystkich ponownie przebiło jednak Ich Troje w 2006 roku śpiewając Follow My Heart w aż pięciu językach: polskim, angielskim, niemieckim, rosyjskim i hiszpańskim.

W latach 2007-2008 byliśmy tak bardzo międzynarodowi, że naszymi reprezentantami byli obcokrajowcy: amerykańska wokalistka Isis Gee (dziś żadna amerykańska artystka już raczej nie wybrałaby sobie pseudonimu ISIS...)...

...oraz The Jet Set z udziałem wokalistki pochodzenia rosyjskiego i ciemnoskórego brytyjskiego rapera.

W tym wypadku byliśmy jednak o dobre kilka lat spóźnieni – podobny mieszany duet wystawiła w 2001 roku Estonia i wygrała. 

Ich Troje z wymyślnymi strojami i kolorowymi włosami Michała Wiśniewskiego było symbolem polskiego kampu w Konkursie (szczególnie drugi występ zespołu w 2006 roku z weneckimi maskami, przerośniętymi epoletami i suknią z długim trenem), ale inni wykonawcy dzielnie im sekundowali. Z występu Blue Café bardziej niż ich piosenkę Love Song zapamiętano skąpą i prześwitującą sukienkę Tatiany Okupnik. Ivan i Delfin w piosence Czarna dziewczyna wyróżniał się przede wszystkim barwnymi cygańskimi strojami. Był to zresztą czas dominacji eurofolku w Konkursie, jednak gdzie naszym tancerkom do wymyślnych choreografii z Wild Dances reprezentującej Ukrainę Ruslany...

...czy My Number One zwycięskiej greckiej piosenki z 2005 roku.

The Jet Set wprowadził do polskich piosenek na Eurowizję wątek BDSM: wokalistka rozpoczęła piosenkę śpiewając w klatce odziana w gorset, a w tle na ekranie przesuwały się łańcuchy. Polską propozycję twórczo rozwinęli dwa lata później Niemcy zapraszając na eurowizyjną scenę Ditę von Teese – również w gorsecie, a także z pejczem…

Na tym etapie chyba przestaliśmy już wierzyć, że Polska odniesie na Eurowizji sukces. Konkurs stał się jednoznaczny z czymś wstydliwym i niewielu artystów było zainteresowanych uczestnictwem. Co mówią nam dziś nazwiska trojga uczestników z lat 2009-2011: Lidii Kopani, Marcina Mrozińskiego i Magdaleny Tul? Jeśli nic, to też dlatego, że dwoje z nich występuje teraz pod pseudonimem: Mroziński jako Martin Fitch, a Tul jako Lady Tullo. Nie żebym sugerował, że przyjęcie pseudonimu artystycznego było konsekwencją słabego występu w konkursie… Z tych piosenek chyba największym kuriozum jest dla mnie Legenda Mrozińskiego.

Nie dość, że wykonana rok po oszołamiającym triumfie Alexandra Rybaka z piosenką Fairytale, to jeszcze dziwacznie łącząca folkowe polskojęzyczne segmenty z balladowymi fragmentami anglojęzycznymi; garnitur wokalisty z ludowymi strojami tancerek, z których jednej na koniec zrywa się koszulę, a druga zadziera spódnicę i prezentuje galoty. Naprawdę.

Nawet podobała mi się za to piosenka Jestem Magdaleny Tul (nie mylić z Ale jestem Anny Marii Jopek!) za nowoczesną produkcję, jednak wykonanie było dalekie od dobrego. Właśnie tą piosenką Polska ostatecznie sięgnęła eurowizyjnego dna i po raz pierwszy w historii zajęliśmy ostatnie miejsce w półfinale.

Po tej porażce wzięliśmy sobie dwuletni urlop od Konkursu i wróciliśmy do wewnętrznego wybierania kandydatów. Powrót w 2014 roku był huczny – piosenka My Słowianie Cleo i Donatana zakwalifikowała się do finału, gdzie wprawdzie zajęła dopiero czternaste miejsce, lecz aż piąte w głosowaniu telewidzów.

Występ wyróżniał się przede wszystkim obrazem biuściatych polskich wieśniaczek piorących na tarce i ubijających masło, który był na tyle charakterystyczny, że dwa lata później został sparodiowany w piosence Love Love Peace Peace wykonanej przez gospodarzy finału Konkursu w Sztokholmie.

 

W 2015 roku znów znaleźliśmy się w finale za sprawą Moniki Kuszyńskiej – wokalistki poruszającej się na wózku inwalidzkim od czasu tragicznego wypadku zespołu Varius Manx w 2006 roku. Nie wiem, co bardziej przekonało jurorów i słuchaczy – prosta ballada In the Name of Love czy może poruszające archiwalne czarno-białe zdjęcia i nagrania Kuszyńskiej wyświetlane w tle podczas jej występu. Polska po raz pierwszy w historii Konkursu wystawiła reprezentanta na wózku. Pomysł w 2017 i 2018 roku podchwyciła Rosja wystawiając na Konkurs niepełnosprawną Juliję Samojłową. Reprezentantce Rosji nie udało się jednak dostać do finału.

 

Polityka stanowi integralną część Eurowizji, dlatego po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w wyborach w 2015 roku, nowy prezes TVP Jacek Kurski „oddał władzę w ręce ludzi” i pozwolił telewidzom decydować o polskim reprezentancie w Konkursie. W pierwszej odsłonie krajowych eliminacji w nowym wydaniu nie brakowało utytułowanych kandydatów: w szranki stanęła ponownie Edyta Górniak, która konkurowała swoim utworem z gorącą klubową piosenką Margaret Nothing Can’t Cool Me Down oraz z Color of Your Life Michała Szpaka, wówczas niedawnego triumfatora festiwalu w Opolu. Ku pewnemu zaskoczeniu zwyciężył Michał Szpak, a Polska poleciała w dół w notowaniach bukmacherów, którzy typowali piosenkę Margaret do wygranej w całym Konkursie. Podczas finału w Sztokholmie Michał nie zawiódł wokalnie, a jego mocne wykonanie w połączeniu z charakterystycznym imagem polskiego freaka dały mu ostatecznie ósme miejsce i aż trzecie w głosowaniu publiczności.

 

Kolejne lata w krajowych eliminacjach przyniosły zwycięstwa faworytów: Kasi Moś...

 

...i Gromee’ego.

 

Kasia Moś podtrzymał dobrą passę polskich występów w finale konkursu, lecz jej piosenka Flashlight z refrenem na jednym powtarzanym dźwięku była za mało charakterystyczna, by zająć dobrą lokatę. Gorzki smak półfinałowej porażki musieliśmy przypomnieć sobie dopiero w 2018 roku, gdy reprezentował nas Gromee z piosenką Light me up – jedną z najlepiej wyprodukowanych piosenek w polskiej historii konkursu. Niestety, występ położył szwedzki wokalista Lukas Meijer okropnie fałszując. Czyżby Szewdzi – naród w dominujący Konkursie w ostatnich latach – podłożyli nam konia trojańskiego?

Krajowe eliminacje, niestety, nie stoją na wysokim poziomie. Obok kompetentnych artystów, takich jak Michał Szpak czy Kasia Moś, występują amatorzy, tacy jak jak Paulla czy Olaf Bressa. Wiele do życzenia pozostawia prowadzenie Artura Orzecha, reżyseria i praca kamery; czasem wątpliwe są kompetencje jurorów (w 2017 roku niechlubna dyrektora Warszawskiej Opery Kameralnej Alicja Węgorzewska, przyznała punkty Rafałowi Brzozowskiemu za, cytuję: „grę na pianinie tudzież fortepianie”). W 2018 roku widać było jednak pewną poprawę: do studia TVP z gościnnym występem zaproszono triumfatora konkursu z 2015 roku Månsa Zelmerlöwa, znacznie mniej kontrowersyjne były decyzje jurorów, a cały wieczór znacznie bardziej przypominał dobrze zrealizowany show. Daje to pewne nadzieje na przyszłość.

Konkurs Piosenki Eurowizji powstał w oparciu o formułę festiwalu w San Remo, który do dziś spełnia także rolę włoskich preselekcji. Bogatą tradycję własnych festiwali piosenki (często wieloetapowych), których zwycięzcy reprezentują dany kraj na Eurowizji mają m.in. kraje bałtyckie czy skandynawskie (ze szwedzkim Melodifestivalen na czele). W zasadzie najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby polski reprezentant wybierany był np. podczas festiwalu w Opolu. Pomogłoby to zarówno samemu festiwalowi, przeżywającemu ostatnio kryzys tożsamości, jak również uatrakcyjniłoby proces eliminacji do Konkursu. Jest tylko jeden mały problem – festiwal w Opolu jest festiwalem letnim i plenerowym, a piosenki na Eurowizję wybierane są zazwyczaj na przełomie lutego i marca. Stworzenie atrakcyjnych polskich preselekcji wymagałoby zatem albo powołania do życia zupełnie nowego festiwalu odbywającego się w zamkniętej przestrzeni albo zmiany formuły opolskiego festiwalu. A może powiązać uczestnictwo w Eurowizji z jednym z popularnych programów muzycznych, np. realizowanym przez TVP The Voice of Poland? Zawsze też można wrócić do selekcji wewnętrznej. Co roku tą ścieżką podąża wiele krajów, w tym – zazwyczaj dobrze wypadające w Konkursie – Rosja i Azerbejżdżan. Ważne tylko, by uczestnictwo w Konkursie traktować poważnie, wówczas nie zabraknie też chętnych do udziału w Eurowizji „poważnych” artystów.

 

Spis treści numeru Festiwale:

 

Felietony

 

Dorota Relidzyńska, Festiwal – laboratorium kultury 

 

Dorota Relidzyńska, Jak oszaleć w dobrym stylu (w weekend)

 

Wywiady 

 

Ewa Schreiber, Rezonans filmu, muzyki i refleksji. Rozmowa z Michałem Merczyńskim, dyrektorem festiwalu Nostalgia

 

Magdalena Stochniol, „Zawsze jest miejsce na nowe formuły”. Wywiad z Aleksandrem Nowakiem

 

Recenzje

 

Maria Majewska-Mocek, Operowe perypetie sumeryjskich bogów 

 

Karolina Dąbek, Joanna Kołodziejska, Paulina Zgliniecka, Warszawska Jesień – mozaika

 

Publikacje

 

Piotr Matla, O festiwalach jazzowych... i nie tylko

 

Magdalena Nowicka-Ciecierska, Festiwale Andrzeja Chłopeckiego

 

Edukatornia 

 

Michał Orzechowski, Festiwal Bachowski w Świdnicy – w duchu wspólnoty

 

Michał Orzechowski, Actus Humanus – z przywiązania do ponadczasowego piękna

 

Kosmopolita

 

Krzysztof Stefański, To nie my (wygraliśmy Eurowizję)

 

Dorota Relidzyńska, Festiwale na szczytach

 

Rekomendacje

 

Warsztaty krytyki muzycznej z Fundacją MEAKULTURA na festiwalu Nostalgia

 

Natalia Chylińska, Territoires Éphémères - Open Source Art Festival, edycja 8.

 

 

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach Programu Kultura – Interwencje 2018

 

 nck


Opublikowano: 2018-10-31

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 275